Jakiś Byt. Światło spłynęło w ciemność Tarranta, spokój na jego furię, woda na płomienie Damiena. /.../. Idealny ład. Boski spokój. Pod jej wpływem rozsypał się obronny mur Damiena i zaciekłe natarcie Tarranta /.../. Ta moc nie była gwałtowna, lecz spokojna jak falowanie jeziora w blasku księżyca (TNF, s. 327). Podobnie jest chyba w momencie śmierci Jenseny.
Dlaczego religia Jedynego Boga jest taka, a nie inna? Bo tylko taka religia może stworzyć Boga, jakiego człowiek potrzebuje, a nie kolejnego bożka-demona, jakich powstało tysiące i który będzie dawał to, co łatwo dostępne - przyjemność, pieniądze, powodzenie w życiu, w zamian pasożytując na wyznawcy. Ostatecznie działania Kościoła wiodą do tego, żeby zjednoczyć w jednej wierze jak najwięcej ludzi: jeżeli ludzkość w swej większości będzie w ten sposób wpływać na fae, to może to ją zmodyfikować, jak stało się to w przypadku Iana Caski, zmniejszając jej możliwość wpływania na prawa natury; jeżeli dostatecznie dużo ludzi uwierzyłoby, że siła Boga ochroni ich przed trzęsieniem ziemi, tak by się stało; wiara ma tworzyć dla nas świat, jakiego pragniemy (TNF, s 93); celem kościoła ma być nie cześć oddawana bogu, ale manipulowanie zbiorową świadomością w celu stworzenia bardziej sprzyjających warunków życia na Ernie. Jednocześnie powinien on dbać o zachowanie człowieczeństwa swoich wyznawców, strzec ludzkich dusz w czasie tego procesu (TNF, s. 94).
Prorok wygląda z tego wszystkiego nie na wizjonera czy mistyka, tylko na pragmatyka, z genialnym logicznym umysłem (ale to akurat wiemy skądinąd;-); bez sentymentów przebudowuje klasyczne ziemskie religie, pisze na nowo święte księgi i modlitwy, zmienia symbolikę (TNF, s. 93); jego celem nie jest chwała boża, ale dobro ludzi. Przecież on dość spokojnie wychodzi z założenia, że nawet jeżeli Bóg ziemi nie istnieje, to i tak na Ernie wola jego, Proroka, i jego kościoła, zdoła go stworzyć... i w końcu widzi, że zdołała. A jak jest z kościołem i magią? Zdaje się że ze względu na swoje dziedzictwo (Ms Friedman nigdzie o tym co prawda nie mówi do końca) kościół tradycyjny magię odrzucił, a kościół Proroka powinien ją był odrzucić, bo będzie to raczej wzmacniać niż osłabiać prądy fae. Tyle że sam Prorok nie był w stanie lub nie chciał, jako Adept, z niej zrezygnować, zwłaszcza że początkowo używał jej dla dobra ludzi, podejmując np. próby wyhodowania nowych gatunków zwierząt lub udoskonalenia istniejących... za co został potępiony przez ten sam kościół, który pchnął na nową drogę.
Struktura kościoła:
Kościół w pełni zjednoczył się w III wieku, zachowując jednak do pewnego stopnia odrębność prowincji.Kościół ma dwoje zwierzchników, oboje mają autarkiczną władzę: na Zachodzie, skąd pochodzi Damien Vryce, zwierzchniczką kościoła jest Święta Matka (the Matriarch); kościół tamtejszy dopuszcza posługiwanie się magią w celu służenia dobru ludzkości. Stolica Matriarchatu znajduje się w Ganji. Na wschodzie zwierzchnikiem kościoła jest Patriarcha. Stosunek kościoła zachodniego do magii jest zdecydowanie wrogi, Patriarcha nie uważa posługiwania się fae za usprawiedliwione w żadnym wypadku. Jak na ironię, sam ma nieuświadomione zdolności Adepta, i to olbrzymie; Gerald Tarrant uważa go za równego sobie. Centrum życia kościoła jest na wschodzie jest katedra w Jaggonath. Kościół Erny posiada instytucję zakonu rycerskiego (którego członkami byli obaj główni bohaterowie), nie ma za to (w odróżnieniu od kościoła Matrii) klasztorów ani nakazu celibatu. Jak twierdzi Tarrant, Wiesz, jakim błędem jest opieranie religii na założeniu, że naturalne i zdrowe odruchy są nieczyste (TNF, s. 140). Przyjęcie do kościoła odbywa się przez złożenie przysięgi, określane jako narodziny duszy, przeprowadzane przez kapłana (TNF, s. 124).
Podstawowym symbolem kościoła jest symbol Ziemi i dwa przecinające się kręgi (być może zawierające uproszczone rysunki kontynentów Ziemi i Erny). W ikonografii kościoła zakazane jest przedstawianie ludzkich postaci; nawet jeżeli dopuszcza się wyjątki, postać powinna być bez twarzy, jak jest to na symbolicznym przedstawieniu triumfu wiary nad złem w katedrze w Jaggonath: obraz przedstawia Proroka przebijającego lancą postać Złego; Prorok jest w zbroi i koronie, z bronią, ale jego twarz jest plamą światła (ikonograficznie to jest BTW święty Jerzy ze smokiem - dość charakterystyczne, zważywszy że Gerald Tarrant był strategiem i rycerzem). Kościół zwyczajowo określany jest jako kościół Proroka, ale nie do końca podąża za jego wizją: koncepcje opracowane przez neohrabiego Merenthy okazały się momentami zbyt daleko idące i rewolucyjne, zbyt radykalnie zrywające z ziemską tradycją. Stopniowo kościół od nich odstąpił. Stąd w katedrach i kościołach wciąż znajdują się ołtarze, w ikonografii pojawiają się wciąż ślady ziemskiej tradycji, a w kościele kultywowana jest wiara w piekło, którą Prorok nazywał zbędnym filozoficznym balastem, szkodliwym dla naszej sprawy (TNF, s. 95 - i dlatego tak się go bał? ;-))
Poza tym Patriarcha Wschodu najwyraźniej nie uważa miłosierdzia za przymiot boga i robi wrażenie, jakby nigdy nie słyszał, że większa jest w niebie radość z jednego nawróconego grzesznika niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych :-)... w co z kolei wydaje się głęboko wierzyć Damien Vryce, mając zresztą uzasadnienie w słowach Proroka: Jedyny Bóg jest z natury litościwy, a jego słowem jest przebaczenie. (TNF, s. 331)
Instytucja Matrii nie jest jedyną zmianą wprowadzoną w kościele na kontynencie wschodnim w trakcie kilkusetletniej izolacji. Istnieją tam również zakony, których członkowie, zwani poświęconymi, zajmują się między innymi blokowaniem fae; składają oni, dla wzmocnienia swojej determinacji i siły, śluby czystości, czasami na określony czas, czasami na całe życie. (Tarrant snuje ponurą wizję tego, jak tłumione popędy i frustracje seksualne muszą wpływać na fae w tym świecie, TNF, s. 140). Istnieje ustawowy zakaz funkcjonowania kultów pogańskich, dzieci o uzdolnieniach adepta są zabijane zaraz po stwierdzeniu ich zdolności; używa się żywych ludzi - dzieci - jako przynęt dla demonów fae, by na nie polować. Rezultatem jest społeczeństwo żyjące w warunkach bardziej zbliżonych do ziemskich, ale płacące za to zatraceniem swojej ludzkiej duszy.
Dodajmy na marginesie, że wszystkie te modyfikacje wiary Proroka nie wzbudziły w Geraldzie Tarrancie szczególnego entuzjazmu ;-)
Duża część z nich - czterdzieści, wedle słów Geralda - poświęcona była nie demonom zrodzonym z fae, ale istotom zwanym Iezu. Nie są oni, jak by się wydawało i jak się wydaje przez dłuższy czas Damienowi, demonami takimi jak inne. Iezu są wynikiem swoistej krzyżówki między ludzkością a obcą formą życia rezydującą w kraterze Shaitana - czynnego wulkanu, znajdującego się za granicami Puszczy. Każdy z nich posiada pewien element ludzkich emocji, które podtrzymują go przy życiu: matka Iezu, czerpiąc z człowieka psychiczny materiał do stworzenia swojego dziecka, nie była w stanie ogarnąć faktu złożoności ludzkiej psychiki.
Koncentrowała się wobec tego na jednym zestawie zbliżonych emocji i uczuć, które, pobierane od ludzi, będą utrzymywały jej dziecko przy życiu. Relację Iezu i ludzi Karill opisuje jako symbiotyczną, nie opartą na drapieżnictwie, jak w przypadku demonów zrodzonych z fae. Iezu dysponują umiejętnością wpływania na ludzki mózg i tworzenia perfekcyjnych iluzji. Bardzo liczni z nich byli wobec tego czczeni jako bogowie. Poznajemy jednak kult zaledwie dwojga z nich: Karilla i Saris. Uwaga: określenia odnoszące się do płci, jak "bóg" i "bogini", są w przypadku Iezu całkowicie umowne; Karill pokazuje się Damienowi w obu postaciach. Karill jest czczony jako bóg rozkoszy i wszelkich cielesnych przyjemności. Tych właśnie emocji potrzebuje go życia. W związku z tym zabić go może apatia - brak emocji i brak zdolności do ich odczuwania. Wygląda na to, że jego czcicielką była Ciani z Faraday... a na pewno jest Karill związany swego rodzaju zależnością z Geraldem. Iezu często wiążą się z ludźmi takim rodzajem symbiotycznej relacji, korzystnej w zasadzie dla obu stron (chociaż Tarrant mówi w pewnym momencie, że może to prowadzić do niebezpiecznego uzależnienia). Drugą boginią - Iezu jest Saris, której wyznawczynią jest Narilka Lessing; Saris jest bóstwem wiedzy, piękna i miłości. Również Calesta jest Iezu, na temat jego kultu nie dowiadujemy się jednak (na szczęście) prawie nic, poza tym, że Terata składają mu ofiary. Iezu, jak wszystkie inne istoty, są w stanie ewoluować i zmieniać się. Karill w rezultacie przyjaźni, jaką darzy Tarranta, zaczyna działać bardziej jak człowiek niż jak Iezu: kierować się emocjami niekoniecznie zgodnymi z własnym aspektem, narażać na sytuacje, które mogą go zniszczyć (ostatnim miejscem na wycieczkę dla kogoś, kto żyje z odczuwania przyjemności innych, jest piekło ;-)).
Damien ma wątpliwą przyjemność spotkania z Nienazwanymi dwa razy, raz we śnie, a niewiele później w Piekle, gdzie targuje się z nim(i) o życie swojego wroga/przyjaciela... a wrażenie nieludzkiego zimna, potwornego zapachu i ohydy, jakiego pełna jest fae w pomieszczeniu, z którego Nienazwani zabrali Tarranta do piekła, jest dla człowieka nie do zniesienia.
To, co jest szczególnie charakterystyczne w Nienazwanym, to fakt, iż jego naturą jest ciągła zmienność. Raz zjednoczony, raz podzielony, o niemożliwych do przewidzenia reakcjach i nieokreślonej naturze... Nienazwany w ogromnym stopniu przypomina prawa natury Erny: jak one, jest niestały i nieprzewidywalny... i śmiertelnie groźny. W ten sposób Nienazwany jednoczy w sobie aspekt ludzki i obcy, Ernę i to, co wywodzi się z ludzkości.
Nienazwany jest bez wątpienia Szatanem Erny... ale nie Szatanem w chrześcijańskim rozumieniu, który rzuca jakiekolwiek wyzwania Bogu. Jeżeli ktoś reprezentuje to diabelskie siły, które chcą zmienić świat i nadać mu własny porządek, to raczej Calesta. Cel istnienia Nienazwanego jest całkowicie egoistyczny: trwanie. Propagowanie zła na świecie jest tylko "produktem ubocznym" jego działania.
Nienazwany jest Złem w czystej postaci. Gerald twierdzi, że nie był pierwszym, ubiegającym się o jego łaski, ale być może jedynym, który nie stracił własnej duszy w wyniku takiego paktu. Do czego prowadzi utrata duszy na rzecz Nienazwanego... coż, możemy to zobaczyć na przykładzie Amorila; wystarczy przypomnieć sobie reakcję Narilki na jego widok, kiedy spotkała go drugi raz, już po tym, jak zdradził Łowcę i oddał swoją duszę Nienazwanym.
Zachowanie własnej duszy było zresztą istotą paktu Tarranta z Nienazwanymi i zasadniczym powodem, dla którego w ogóle wplątał się on w końcu w całą awanturę z Ciani, demonami Hegemona, Calestą i Damieniem. Gerald (ani autorka:)) nigdzie nie wyjaśnia tego zbyt dokładnie, ale wydaje się, że złamanie złożonej przysięgi pozbawiłoby Geralda resztek człowieczeństwa i uczyniło go jedynie demonem na usługach Nienazwanych - dokładnie tym, czym stał się Amoril, w którym po przemianie pozostała jedynie żądza niszczenia.
Piekło na Ernie ma jedną specyficzną, mocno makabryczną, cechę: człowiek sam je sobie projektuje, wypełniając je tym, czego boi się najbardziej (co znaczy, że np. w moim piekle na Ernie czekałyby na mnie nieprzeliczone stada wielkich czarnych pająków... :-(
Innymi słowy, przechodząc od opisu "teologicznego" do opisu z punktu widzenia literackiego, Piekło, do którego trafiają Damien i Karill w poszukiwaniu Geralda, świadczy nie tyle o siłach Zła na planecie, co raczej o samym swoim twórcy/ofierze.
Pierwsze co rzuca się w oczy Damienowi to fakt, że kiedy "zeszli" do Piekła, znaleźli się pod obcym słońcem... a moment potem, że nie ma tu fae. Wniosek, jaki mu się nasuwa. jest oczywisty: piekło Tarranta ma więcej niż z Erną wspólnego z Ziemią- z Ziemią, na obraz i podobieństwo której Prorok chciał przetworzyć Ernę... co z kolei mówi nam całkiem sporo o samym Tarrancie, prawda? Pragnąc z jednej strony zmienić planetę, na której żył, tak by umożliwiła ludzkości ponowne zbudowanie cywilizacji technicznej i podbój kosmosu, z drugiej strony sam, jako Adept, obawiał się głęboko życia w takim świecie.
Piekło, które oglądamy oczyma Damiena i Karilla, jest "dwoiste" jeszcze z innego powodu: z jednej strony, ma większość cech, jakie miejsce wiecznej kary tradycyjnie mieć powinno: płonie w nim wieczny ogień, są zastępy istot dręczących dodatkowo cierpiącego w nim grzesznika... Z drugiej jednak strony, ogień, przez który Karill i Damien przechodzą, jest (prawdopodobnie) odbiciem osobistych przeżyć Łowcy... a zamiast diabłów Tarranta prześladują jego ofiary, jak wspomnienia okrucieństw, których się dopuścił. I, oczywiście, jak można się było spodziewać, karą za grzechy popełnione za życia jest - ból. Cierpienie. Fizyczna udręka.
Dla Tarranta oznacza to wieczne trwanie w makabrycznej parodii ukrzyżowania (czego nb. też nie ma w polskim tłumaczeniu), z dłońmi i kostkami przebitymi przez ohydne wężopodobne istoty, w pełnej świadomości wszytkich swoich uczynków... i z pełnym przekonaniem, że nie ma od tego ucieczki, nie ma miłosierdzia, nie ma bożego przebaczenia. Tym większym zresztą aktem bohaterstwa wydaje się ostateczna decyzja Tarranta: kiedy postanawia poświęcić własne życie dla zniszczenia Calesty, jest w pełni świadomy, co go czeka...
Typową dla Iezu postawę symbionta - istoty, która współżyje raczej ze swoim żywicielem niż dąży do zniszczenia go - zastąpiła u Calesty chęć podporządkowania sobie całej ludzkości, przebudowania człowieka tak, by mógł tylko "jeść, spać i cierpieć"... zaspokajając w ten sposób wieczny głód żywiącego się sadyzmem demona (jakkolwiek Iezu nie są w zasadzie demonami, w przypadku Calesty to określenie, w jego tradycyjnym znaczeniu, wydaje się jak najbardziej uzasadnione:)). Jego czciciele, Terata, uważali go za boga. Calesta miał przy tym zwyczaj uzależniania od siebie swoich ludzkich symbiontów - Hegemon Lemy, ale i w pewnym stopniu Nieśmiertelny Książę wydawali się raczej jego niewolnikami niż panami (choć Książę jest mu się w stanie oprzeć, jak wtedy, kiedy nakazuje mu usłuchać Karrila i pozwolić mu odkryć, co Terata zrobili z Damienem i Hesseth. Calesta przy tym wszystkim nie wykazuje zbyt wiele szacunku dla praw Iezu, zabraniających zabijania ludzi. :)